Skrzywiłam się, kiedy swąd spalonego kurczaka rozniósł się po domu
Andersonów. Rzuciłam ścierkę w szkocką kratę na blat w małej kuchni i
skrzyżowałam ramiona na piersi, przyglądając się jak Cornel wyciągał z
piekarnika brytfannę wraz ze skwierczącym mięsem i tryskającym
tłuszczem. Jego białą koszulę już zdobiły żółte plamy oraz czarne
punkciki z węglonego kurczaka, na co mogłam jedynie wywrócić oczami.
Chłopak chwycił się gwałtownie za głowę i przeklął szpetnie, zrzucając
całą winę na, Bogu winny, piekarnik.
Z całą pewnością to wina piekarnika, pomyślałam ironicznie w myślach.
— Kazałam ci pilnować tego kurczaka, idioto — fuknęłam i odepchnęłam go,
przyglądając się zwęglonej części skóry oraz marynaty. Chwyciłam w dłoń
widelec i starałam się pozbyć tego, co wadziło daniu. Oczywiście, z
marnym skutkiem. — Zostawiłam cię na trzy minuty. Trzy minuty! Powiesz
mi co się stało? Może tym razem faktycznie uwierzę w historię o Pani
Depton, która potrzebowała pomocy z odkręceniem zaworu od węża
ogrodowego.
Cornel prychnął i z aktorską obojętnością zerknął przez okno. Jego
ścięgna na twarzy mocno się napięły, a skrzydełka nosa zadrgały, jakby
próbował pohamować swoje wzburzone emocje.
— Kazałem ci się pośpieszyć z tymi ścierkami, do cholery — uderzył
dłonią w blat i oparł się plecami o lodówkę. Przyczepione magnesy
zachrobotały pod naciskiem ciała. Ciemne włosy opadły mu na twarz, lekko
się kręcąc od parnej temperatury w pomieszczeniu, a niebieskie oczy
uparcie starały się przekazać mi, że wszystko było moją winę. W końcu
zostawiłam go w kuchni samego na krótką chwilę, kiedy wiedziałam, że
nawet nie potrafił przypilnować gotującej się wody. Tym oto sposobem pan
Anderson wyrzucił czajnik na gaz, a zakupił elektryczny.
Pokręciłam głową, przyglądając się piekarnikowi.
— Może powiesz mi dlaczego zamiast stu osiemdziesięciu stopni, jest
dwieście trzydzieści? — zapytałam szorstko i otarłam pot z czoła. —
Dlaczego nie rozumiesz, że nie możesz zmieniać temperatury jak ci się
podoba? Nie upiecze ci się to szybciej, a jedynie zwęgli, co w
załączonym obrazku widać poniżej. Myślenie nie boli, Cornel. Weź w końcu
to załap. Albo przynajmniej zawołaj kogoś, kto potrafi zagotować wodę.
Ten zacisnął zęby i otarł się o mnie, kradnąc z przygotowanego talerza
frytkę z batata, które były wariacją mojego zdrowego odżywiania w
rodzinie Andersonów. Chłopak zjadł ją i wymuszając uśmiech, zabrał miskę
z parującymi pyzami do salonu. Huk zamykanych drzwi, zwrócił moją
uwagę. Poprawiłam włosy, założyłam rękawice i złapałam za brytfannę,
kierując się prosto do skupiska dźwięków. Kiedy przekroczyłam próg,
zamarłam na widok przed sobą. Wiecznie pochmurny i samolubny Cornel stał
wtulony w starszego od siebie mężczyznę, który klepał go po głowie.
Odchrząknęłam i ułożyłam danie na wypchanym po same brzegi stole. Głowa
nieznajomego mężczyzny uniosła się lekko, a jego zielone oczy zetknęły
się z moimi. Porażająca iskra przebiegła wzdłuż mojego kręgosłupa.
Przełknęłam z trudem ślinę i uśmiechnęłam się niemrawo.
Tak jak potrafiłam czuć się swobodnie przy Cornelu oraz Harry'm, to
myśl na takie zachowanie względem nowo przybyłego Andersona,
paraliżowała mnie. Zacisnęłam zęby i ściągnęłam rękawice, odkładając je
na bok. Pan Anderson poklepał mnie po ramieniu i podziękował za mój
wysiłek. Zrozumiałam jego niemy przekaz – moja działka właśnie się
skończyła i powinnam już się zbierać. Przytaknęłam i pochyliłam się nad
fotelem, aby zabrać swoją torebkę. Właśnie wtedy poczułam lekki świst
wydmuchiwanego powietrza nad swoją głową. Kosmyki włosów, które wypadły z
koka, połaskotały mnie po pulchnej twarzy. Uniosłam wzrok i zamarłam,
widząc przed sobą uśmiechniętą twarz mężczyzny, którego jeszcze nie
miałam okazji poznać osobiście, choć wiele o nim słyszałam. Wysunął w
moją stronę dłoń, a ja jedynie na czym mogłam się skupić, to na swoich
drżących i spoconych. Wytarłam rękę o materiał szarych spodni od dresu,
zanim mu ją podałam. Skórę miał szorstką i niezwykle ciepłą, tak jak na
początku sądziłam. Nieprzyjemne odciski zdobiły opuszki jego palców, a
na wskazującym palcu widniała szara obrączka, której chłód przeszył mnie
do żywego. Natomiast na nadgarstku znajdowała się skórzana bransoletka,
taka sama jaką dzień w dzień nosił mój najlepszy przyjaciel. Prawą rękę
mężczyzny, od nadgarstka zdobiły kręte pasma tatuażu aż do ramienia,
które przedstawiały twarze przerażających zmor i dziwne symbole.
Mężczyzna odchrząknął i uniósł brwi, a ja spłonęłam rumieńcem. Jak
ostatnia idiotka wpatrywałam się w niego, zamiast podać mu dłoń, na co
mentalnie strzeliłam się w czoło. Obróciłam głowę za siebie, widząc
drwiący wyraz twarzy Cornela i pokrzepiający, ojcowski uśmiech
Harry'ego.
— Wybacz — chrypnęłam. Odchrząknęłam i uśmiechnęłam się. — Jestem Eden. Eden Samsson.
Powoli przytaknął, przyglądając się mnie. Ukłucie strachu, że
wyglądam jak zmokła i nastroszona kwoka minęło, kiedy odezwał się do
mnie:
— Everett. Everett Anderson. Podejrzewam, że o mnie słyszałaś.
— Niewiele, ale fakt, słyszałam — potwierdziłam i wyrwałam się z jego
uścisku. Poprawiłam torebkę na ramieniu i uśmiechnęłam się
przepraszająco. — Będę się zbierała. Cieszę się, mogłam wam pomóc, ale
mam jeszcze kilka spraw do załatwienia.
Cornel pokręcił głową z niedowierzaniem, a pan Anderson pożegnał mnie
uniesieniem dłoni. Natomiast Everett zmrużył oczy i obrócił językiem
wykałaczkę w ustach. Dreszcz zimna objął całe moje ciało, a na rękach
pojawiła się nieprzyjemna gęsia skórka. Cholera, pomyślałam. Szybko
popędziłam do progu pokoju dziennego, pożegnałam się głośno i
wstrzymałam oddech. Obserwowałam go z prawdziwą fascynacją. Zasiadł na
drugim końcu stołu tak, że idealnie go widziałam. Miał lekko pochyloną
głowę i kiedy myślałam, że nikt nie zauważył mojego ciekawskiego
spojrzenia, ten niespodziewanie uniósł wzrok w jednej chwili, posyłając
mi jeden z dziwniejszych uśmiechów jakie mogłam mieć szansę widzieć w
swoim życiu. Pogryziona wykałaczka wystawała spomiędzy jego lekko
uchylonych warg, a dłuższe kosmyki włosów opadły mu na ciemniejsze i
gęstsze brwi. Nawet z takiej odległości widziałam intensywną zieleń jego
tęczówek i jaśniejsze rzęsy od tych, które miał Cornel czy Harry.
Dopiero teraz widziałam jak bardzo Everett różnił się od swojego
brata i ojca. Jakby w ogóle do nich nie należał. Jakby był kimś obcym.
Czym prędzej opuściłam sąsiedni dom z myślą, że powinnam ograniczyć
wpadanie do domu Andersonów jak do siebie. Minęłam biały płot oraz
samochód wujka i weszłam na swoje podwórko. Spojrzałam w prawo na stary,
pomalowany na niebiesko dom. Wypuściłam powietrze. Moje serce wybijało
agresywny rytm, jakby miało za chwilę stanąć z wycieńczenia. Zamknęłam
oczy.
— Gratuluję, Eden. Nie ma to jak zbłaźnić się przed nowo poznanym facetem.
Jeżeli znajdziesz w tekście błąd czy nawet zwykłą literówkę, proszę, napisz mi o niej w komentarzu. To pomaga mi udoskonalić swoją pracę. Dziękuję!